czwartek, 24 maja 2018

Dlaczego warto przeczytać książkę „Mój chłopiec, motor i ja"?



 Mało jest dobrej literatury podróżniczej związanej z motocyklami. Szczególnie polskiej.
                Ostatnio udało mi się zdobyć, co prawda elektroniczną wersję, wyżej wymienionego tytułu.

Rzecz dzieje się w okresie między wojennym. Dwoje świeżo upieczonych małżonków, postanawia wybrać się na swój miesiąc miodowy, na wielką podróż motocyklem do Szanghaju.
                Pozycja jest o tyle ciekawa, że relacjonuje ją Halina Korolec – Bujakowska, która ma moim zdaniem lekkie pióro i ciekawą zdolność obserwacji świata. Być może brakuje niekiedy, relacji samego kierowcy – Stanisława Bujakowskiego i ściśle technicznego języka, ale książka nadrabia to romantycznym reportażem, wytrwałej w trudach kobiety. Sam motocykl to dzielna B.S.A o pojemności 1000ccm i zaledwie 10 KM, doposażona w kosz. Przeczytajcie, a zrozumiecie, że gdy już wyruszycie to nie ma przeszkód nie do pokonania. Najtrudniejsza z nich to nasza własna obawa: - „jak to będzie, a co będzie, jeśli..” Bohaterowie startują w sierpniu roku 1934 i przez rok i siedem miesięcy pokonują 24 000km.


Zaskakujące jest to, że książkę udało się wypuścić do powszechnego obiegu dopiero w 2011 odsyłam Was do strony gdzie dowiecie się więcej na ten temat:

http://www.lukaszwierzbicki.pl/byle-swiat-szeroki/

Jeśli nie macie dostępu do klasycznej wersji odsyłam Was na stronę: https://docer.pl/doc/x88e0s

Zachęcam gorąco do kupienia książki. Ja z pewnością zamówię klasyczną wersję wyposażoną w zdjęcia. Zawsze, kiedy najdą mnie wątpliwości, będzie możliwość przeczytania krzepiącej literatury z czasów, kiedy podróżowało się znacznie trudniej.



poniedziałek, 21 maja 2018

Jak to jest na tym rowerze?



Ciężko jest mi przestawić się na rower, gdy tak brakuje motocykla.
    A tak, zapomniałam powiedzieć Wam moi blogowi Czytelnicy, że Jardan stoi sobie na warsztacie. Grzał się okrutnie i miał nietolerancję płynu chłodniczego, który regularnie zostawiał za sobą. No i cóż się okazało? Nadżerki w uszczelce głowicy. Padło na nas i 73- tysięczny kilometr przebiegu. Prawdopodobnie jest on dwa razy większy, niż pokazują zegary…

                Motocykl w warsztacie, a ja rama między nogi i pedałuję. Z resztą coś niecoś mówię o przygodach Jardanowych w tym filmie….


Doceniam bardzo w rowerze to, że można nim wjechać, tam gdzie motocyklem nie da rady, ale tęsknię za silnikiem zamkniętym w ramie bardzo mocno.
Uśpiony jeszcze Jarmark Świętojański
                Szczególnie wtedy, gdy przez miasto przebijam się po ścieżkach rowerowych, lub na jezdni między samochodami, a z każdym zmęczonym oddechem, co raz szybciej wtłaczam w płuca, setki tysięcy cząstek stałych, którymi straszą nas te kukiełki w szkiełku.
                Oczywiście jadąc na motocyklu również wchłaniam to i owo, ale jest to znacznie bardziej krótkotrwałe.
Wściekam się czasem na rower, że wystawia siłę moich zasiedzianych mięśni na próbę. Po powrocie jednak czuję się znów jak młody bóg. Zmęczenie, które przynosi odpoczynek. Krew lepiej w żyłach krąży, a mózg „dotleniony”, jak trzeba. Aż głowa czasem boli.
Ciekawe ile metrów, żelastwa wykorzystano,
żeby tworzyć rusztowanie
                Na swojej zazwyczaj pokonywanej trasie przejeżdżam przez rynek i rower z tego męczącego narzędzia tortur, staję się na powrót przyjacielem, porzuconym z dawna, teraz do łask wracającym. Dzieje się tak za każdym razem, gdy jadąc wolniej mogę zobaczyć więcej. Postój mogę zrobić szybko i gdziekolwiek zechcę.
A najczęściej właśnie pada na rynek. Jest on mniej więcej w połowie drogi, którą pokonuję.
                Zawsze się tu coś dzieje, zawsze coś przekłuje moją uwagę i uwolni myśli.
Jarmark Świętojański, nie różni się prawie od Bożonarodzeniowego
Obserwuję jak rynek po niedzieli powraca do porannej świeżości i nienagannej czystości. Przechwala się swoją historią, głosem przewodników opowiada o niej i świeci kostką brukową i przeszklonymi witrynami.
                Z chaosu niedzielnej nocy w ciszę poniedziałkowego poranka, przeobleka się ten nasz wrocławski rynek. Cykl ten często się powtarza i częścią nieodzowną jest tutejszego klimatu.
Wolę te poranki czyste świeże i wyspane. Bo przecież te zmęczone, brudne i ciężkie też mi się zdarzały. Mówi się o tym – prawo młodości.
Zmieniają się ozdoby i niektóre towary.
                Czekam teraz na otwarcie biblioteki pod sukiennicami. Szumi mi przyjemnie i rytmicznie fontanna, słońce świeci prosto w twarz. Odbija się od bruku, na którym wygrzewają się gołębie.
Przestaję się śpieszyć. Rower do pośpiechu się nie nadaje. Nie dla mnie. Od tego jest motocykl, następca roweru.
                Tak bardzo mnie to miasto męczy, a tak bardzo lubię ten poranny rynek.
Obserwuję ludzi. Widzę twarze zmęczone, sine, czerwone. To ci, którzy nie nadążyli za świeżością tego poranka. Nie wrócili. I możliwe, że jeszcze długo nie wrócą, albo wcale.
                Widzę buzie uśmiechnięte, ciekawe, rozmarzone. Najczęściej jednak te utkwione w telefonie.
Popijam sobie piwo bezalkoholowe i ostentacyjnie unoszę flaszę, by zwabić jakiś funkcjonariuszy. Prowokacja z ciekawości, co się stanie. Nikt jednak mną i moim piwem zainteresowany nie jest.
Wrocławski Ogórek, służący już tylko jako eksponat i reklama
                Siedzę sobie i piszę na skrawku papieru, te słowa, żeby ich nie zapomnieć i później opublikować. Za podkładkę mam portfel. Ciężko się stawia znaki i brzydko.
Na motocyklu już dawno byli byśmy w domu. Bez większych doznań i refleksji. Bez obserwacji, książek no i piwa.
Inny to rodzaj odpoczynku jest zupełnie, lecz przyjemny, relaksujący. Koi ten wszechpośpiech dookoła.

środa, 31 stycznia 2018

SILOS ZWANY SEREM

Zanim jeszcze wskoczyłam w tym roku na motocykl, chcąc nie chcąc trafiłam na ogromy budynek z wielkimi oknami i kominem. Swoją aparycją od razu zdradził mi swoje niemieckie pochodzenie i tak wraz z Matim, postanowiliśmy zbadać okolicę.

Budynek, o którym mowa znajduje się we Wrocławiu przy ul. Paczkowskiej.  Z drogi straszy wybitymi oknami i zarośniętym terenem wokół. Czyli w sam raz coś dla nas.
                Teren nie jest w żaden skuteczny sposób zabezpieczony, poza tym, że wszystkie możliwe wejścia, na wysokości pierwszego piętra są zamurowane. Miejsce wygląda jak wyjęte rodem z filmu postapokaliptycznego. Długo zastanawialiśmy się z Matim, czymże mogła być ta wysoka zwarta budowa. Na początku trafiliśmy komin, który, mimo iż dawno wyszedł z pierwotnie przeznaczonego dla niego użycia, wciąż służy lokalnym amatorom opalania miedzi.
                Przez strzeliste okna dostrzec można było dziwne betonowe leje. Wciąż nie mieliśmy pojęcia, do czego mogły służyć. Olśnił nas Internet, podpowiadając, iż była to dawna kotłownia kolejowa. Wielkie leje to nic innego jak węglowe silosy.
                Na wejście do środka nie mieliśmy większych szans, poza tym mogłoby to być niebezpieczne zważywszy na opłakany stan obiektu. Odpuściliśmy.
                Później poczytałam nieco więcej.

Kotłownia zasilała Dworzec Główny, sama zaś ładowana była, według zeznań światków, dźwigiem parowym. Niedawno pojawił się pomysł zbudowania w okolicy kotłowni osiedla i centrum kulturowego. Pomysł powstał w roku 2016. Do tej pory wciąż nic się nie dzieje, a sama budowla jak wiele innych we Wrocławiu umiera powoli i w żałosny sposób. Warto zobaczyć to miejsce gdyż pod względem architektury industrialnej jest naprawdę ciekawe i po prostu ładne. Dobrze wpisywało się w ówczesną kolejową architekturę. Na ten moment po prostu stoi i straszy. 






poniedziałek, 29 stycznia 2018

MŁYN ARNOLDA


O młynie Arnolda z Leśnicy dowiedziałam się przypadkiem, przeszukując informacje na temat zabytków w pobliżu Wrocławia. I tak udało mi się trafić na Jarnołtów i niezwykłą historię młynarza za którym opowiedział się sam król Fryderyk II

Koniec Stycznia, a temperatury podchodzą pod 10 stopni powyżej zera. Bacznie obserwuję przyrodę. Tu i ówdzie dostrzec można wybudzone ciepłem ze snu owady, lub rośliny nieśmiało wypuszczające młode pąki. Od 6 Stycznia jeżdżę już po mieście motocyklem czując się jak gdybym popełniała jakieś świętokradztwo. Myślę, że wielu z Was, drodzy Czytelnicy, zna to uczucie. Wiosna się jeszcze nie zaczęła i głupio było by, zaliczyć szlifa czy gonga, zanim tak naprawdę jazda zacznie przynosić prawdziwą przyjemność.
                Mimo to, nie mogę usiedzieć na miejscu, a dłuższa przerwa w zwiedzaniu i eksploracji regionu i okolic przyprawia mnie o depresję i amnezję egzystencjalną.
                Przypominam sobie o Jarnołtowie.
Czytałam kiedyś na temat tej wsi nieopodal wrocławskiego lotniska i odkryłam tam, stary młyn oraz fakt, że od właściciela ów młyna pochodzi nazwa tego miejsca i jest stosowana po dziś dzień.
                Wiele jest takich miejsc bardzo bliziutko miasta, które często odkładam na później i zazwyczaj kiedy zrobi się już naprawdę ciepło, przesuwam ich eksplorację w nieskończoność. Pomyślałam, że stagnacja w zwiedzaniu powinna się skończyć i chociaż na chwilę muszę wyskoczyć na szlak, żeby nie umrzeć z nudy.
                Wybraliśmy się z Jardanem na Jarnołtów w piątkowe popołudnie. Uzbrojeni tylko w aparat i niezaspokojoną chęć poznania tajemnicy młyna.
                Było dosyć ciepło, termometr pokazywał nieco ponad osiem stopni powyżej zera.
Drogi jednak wciąż brudne, asfalt zimny. Nie zamierzałam szaleć, tym bardziej, że droga z Żernik na Jarnołtów nie należy do najlepszych. Maksymalnie lecieliśmy 90km/h, a zdarzało się, że i na tej dziurawej zabłoconej, wąskiej dróżce, wyprzedzali nas niecierpliwi kierowcy puszek.
                Pogoda była dziwna. Właściwie to samo powietrze przypominało mi to, z końca jesieni. Słaba przejrzystość i rudawo-szara poświata bijąca zza chmur. Wszystko łącznie z aurą dookoła wydawało się być po prostu brudne i zakurzone. Wspaniały klimat by zwiedzić ruiny starego młyna.
                Ścieżka skończyła się, właściwie w momencie gdy na horyzoncie ukazały się stare ceglane mury świecące oczodołami  pustych otworów okiennych. Po prawej stronie znajdowała się Karczma Rzym, o ciekawej przyciągającej aparycji. Pasowała do klimatu miejsca. Dalej był przystanek autobusowy, a zanim brukowana droga i most przerzucony przez Bystrzycę.
                Zsiadłam z motocykla i zaczęłam zwiedzanie.

Młyn stoi w opłakanym stanie. Część robocza nie posiada okien, ani dachu… Jest kompletną ruiną, odgrodzoną od świata, blaszanym płotem z jednej strony i rzeką z drugiej. Na jednej ze ścian wisi złowroga tabliczka z napisem „TEREN PRYWATNY”. Zazwyczaj nie wróży to najlepiej zabytkom. Druga część, wyglądająca na mieszkalną,  jest w nieco lepszym stanie. Pod młynem stoi stary dźwig, który robi wrażenie jak gdyby w każdej chwili groził młynowi rozbiórką. Teren dookoła jest zarośnięty, zawalony deskami i złomem. Przypomina zarówno złomowisko jak i lichej jakości tartak. Zarośla wokół młyna to w dużej mierze pozostałości po starorzeczu Bystrzycy. Jest nad nim przerzucony nawet niewielki mostek, który w obecnej sytuacji wygląda groteskowo. Ruiny i okolica mają swój urok. Nie wiem dlaczego ale odniosłam wrażenie, że w bezksiężycowe noce, stary młynarz Arnold z Leśnicy, przechadza się po swoim młynie. Słychać wówczas skrzypienie koła młyńskiego i westchnienia smutnego Arnolda, który tak jak i sam młyn jest już tylko odległą historią o jego świetności. Przechadzam się po okolicy i jest ona naprawdę przyjemna, oczywiście gdyby uprzątnąć złom. Dalej natknęłam się na wrak samochodu stojący pod pomnikiem przyrody. Miałam już dość alegorii o niedbalstwie i przemijaniu, dodatkowo beżowa poświata słońca wprawiała w przygnębiający nastrój.
                Nie zawsze tak jednak było.
Wówczas Bystrzycę nazywano Leśnicą a cała wieś przejęła nazwę właśnie od ów młyna – dosłownie Arnoldsmuchle – Młyn Arnolda na dzisiejsze Jarnołtów. Pierwsze wzmianki o młynie pochodzą z 1271 roku. Później powstał tu również folwark, gorzelnia oraz browar. Miejscowość prosperowała dobrze i rozrastała się. Sam Arnold popadł w konflikt z lokalnym szlachcicem. Poszło o założenie stawu rybnego, przez który młyn nie był w stanie pracować. Młynarz jak mówią źródła nie zapłacił podatku od dzierżawy, skoro nie mógł zarabiać. Sprawa została zgłoszona królowi pruskiemu Fryderykowi II. Ten chcąc być sprawiedliwym zarówno dla ubogich jak i możnych, polecił swojemu zaufanemu człowiekowi sprawdzenie sprawy.
Niestety rzeczoznawcy wciąż orzekali na niekorzyść młynarza. Sprawa ciągnęła się dalej przez Sąd Apelacyjny, aż po Sąd Kameralny w Berlinie. Radcy jednak wbrew królewskiej woli, wciąż przyznawali słuszność szlachcicowi. Rozgniewany Fryderyk do końca stanął po stronie Arnolda nawet wówczas, gdy baron Karl Abraham von Zedlitz z Landeshut będący ministrem sprawiedliwości, przyznał iż prawo stoi po stronie hrabiego, a nie biednego młynarza. Konflikt zakończony został ostatecznym wyrokiem króla który nakazał, wypłacenie odszkodowania Arnoldowi, oraz aresztował radców Sądu Kameralnego i umieścił ich w twierdzy Spandau na rok czasu. Sprawa była ponoć głośna na całą Europę, w końcu nie codziennie sam król nagina sztywne pruskie prawo w obronie zwykłego młynarza. Proces trwał dziewięć lat, a sam Arnold zmarł i niestety nie doczekał się jego pomyślnego dla siebie zakończenia. Choć w życiu młynarz Arnold nie miał z pewnością łatwo to przecież do dziś, choć po przebudowach stoi młyn a miejscowość nieznacznie zmieniła nazwę na spolszczoną wersję jARNOłtów.

Odsyłam  Was również do zapoznania się ze ścieżką dydaktyczną Jarnołtów – Ratyń o której więcej przeczytacie TUTAJ








Źródła: https://dolny-slask.org.pl

sobota, 27 stycznia 2018

NASZA ZIMA WCALE NIE TAKA ZŁA
Powiadają, że jak jest Zima to musi być zimno. Pogoda na przełomie 2017\2018 ukazuje nam jednak coś innego. Śniegu spadło tyle co na lekarstwo, a i temperatury nie były znacznie minusowe. Co prawda Zima jeszcze trwa i mamy przed sobą miesiąc Luty, ale udało nam się wykorzystać styczniowe przypływy ciepła w naszym regionie.

                Po dwóch raczej kiepskich, jeśli chodzi o chłód i opady śniegu, Zimach, postanowiłam nie zakańczać i nie rozpoczynać Sezonu. Do tego doszło jakieś zniechęcenie, lub może bardziej znudzenie corocznymi stratami i finiszmi sezonów, organizowanych w króciutkie zloty.


                Poprzedni rok był udany jeśli chodzi o zwiedzanie, poznawanie i nabijanie kilometrów. Wyjechaliśmy z Jardanem na drogi w połowie Marca i przerwaliśmy jazdę w sumie tylko miesiąc. Przez cały ten czas udało nam się przejechać  10 tysięcy kilometrów z okładem. Jak dla mnie to najdłuższy Sezon i nowy rekord jeśli chodzi o przebieg.
               
Bolszewik odszedł do nowego właściciela
 Nie tak wcale dawno temperatury przekroczyły okolice zera i zaczęły wędrować do góry, a wraz z nimi moja potrzeba wskoczenia na sidło motocykla.
Jak dobrze ogrzać się przy silniku:)
I tak 6 Stycznia znów byliśmy na kołach. Oczywiście pogoda nie rozpieszczała nas za bardzo i zdarzyło się nam wracać wieczorem w różnych okolicznościach, ale uważam że jazda w okolicach zerowych temperatur była przydatnym doświadczeniem. Opony są wówczas „kołkowate”, nawierzchnia brudna i zimna, a powietrze lodowate. Nie mniej jednak może zdarzyć się, że kiedyś wyniesie nas w zakątek świata w którym takie warunki jazdy, są na porządku dziennym i wówczas lepiej nie mieć z nimi do czynienia pierwszy raz. Oczywiście nie zapuszczaliśmy się z Jardanem na dalekie wycieczki. Styczniowe jazdy ograniczyliśmy do przemieszczania się z punktu A do B po mieście.
Jardan czeka teraz na sezonowy serwis i poprawienie kilku rzeczy. Obecnie jest moim jedynym środkiem transportu, gdyż zarówno Bolszewik (samochód) jak i Aprlia zostały sprzedane.
Sezon 2018 zaczynamy z takim przebiegiem
                Tak dobrze czytacie! Aprilia znalazła nowego właściciela. Po 8 latach i 6 w pełni przejechanych sezonach, moja Czarna Apka opuściła moją „stajnię”. Ciężko było się rozstać, ale nie było wyjścia, a i dla niej znacznie lepszym rozwiązaniem była sprzedaż niż stanie pod domem i popadanie w coraz to większą ruinę. Na szczęście wspomnień i przeżyć nikt mi nie odbierze, a o tym małym motocyklu, uwierzcie mi, będę pamiętać do końca życia.
                Wracając do Jardana, to ostatnio bardzo mocno męczył mnie zimowy przestój w wycieczkach i postanowiłam wyrwać się na szlak. Choćby nie daleko, choćby na króciutko, ale zawsze…

Ale o tym napiszę w kolejnym poście już wkrótce! 
Bywaj stary przyjacielu. Nigdy o Tobie nie zapomnę, obyś jak najdłużej cieszył kolejną osobę radością z jazdy i nauki

czwartek, 14 września 2017

ZIEMIA NIEMCZAŃSKA

Niemcza ma status jednego z najstarszych miast na Dolnym Śląsku. 
Położona jest na wysokim, skalistym, prawym brzegu Ślęzy.
Zazwyczaj tylko przemykamy przez Niemczę, będąc na szlaku. 
Wczoraj jednak udało mi się wybrać do tej małomiasteczkowej miejscowości, 
po raz pierwszy, specjalnie po to, żeby zobaczyć o kryją stare mury.


Województwo: Dolnośląskie
Powiat: Dzierżoniowski 
Gmina: Niemcza

Zabytki:

•Ośrodek historyczny miasta z rynkiem o wydłużonym, wrzecionowatym kształcie
•Zamek, gotycko–renesansowy z końca XVI-XIX w., ul. Królowej Jadwigi 6
•Pałac w Piotrkówku
•Kościół ewangelicki pw. św. Jerzego, ob. nieczynny,ul.Gumińska, z 1612 r., przebudowany w 1888 r.
•Mury obronne, z XV w., fragmenty kamiennych fortyfikacji
•Baszta Bramy Górnej, ul. Bolesława Chrobrego 3, z XVI w., przebudowana w 1936 r.
•Ratusz neoromański z lat 1853-62, Rynek 10
•Kamienica, ul. Królowej Jadwigi 1, z 1870 r.
•Plebania, pl. Mieszka I 6, z 1840 r., przebudowana w 1900 r.
•Dom, ul. Piastowska 13, po 1870 r.
•Kamienica, Rynek 5, z XVI w., przebudowana w 1861 r.
•Kamienica, Rynek 6, z XVI w., przebudowana po 1860 r.
•Dom, Rynek 8, po 1860 r.
•Kamienica, Rynek 9, z XVI w., przebudowana po 1860 r.
•Dom, Rynek 16, z XVIII w., przebudowany w XIX/XX w.pl. Wolności)
•Dom, Rynek 14, z 1865 r.
•Kamienica, Rynek 15, z 1865 r.
•Hotel, ob. dom, Rynek 17, z 1860 r., przebudowany w 1945 r.
•Dom, Rynek 18, po 1860 r.
•Dom, Rynek 19, po 1860 r.
•Dom, Rynek 20, po 1860 r.
•Dom, Rynek 24, z ok. 1700 r., przebudowany w początku XX w.
•Dom, Rynek 25, z 1800 r., przebudowany w początku XX w.
•Dom, Rynek 31, z 1887 r.
•Dom, Rynek 33, z XVIII w., przebudowany w XIX/XX w.,pl. Wolności)
•Dom, Rynek 34, z połowy XVIII w., przebudowany po 1920 r.
•Dom, Rynek 35, z początku XIX w., przebudowany w XIX/XX w pl. Wolności)
•Dom, Rynek 37, z XVI w., przebudowany w latach 1730-40
•Dom, Rynek 38, z XVIII w., przebudowany po 1920 r.
•Dom, Rynek 49, z 1870 r.
•Dom, pl. Stary 1, z początku XIX w.

oraz

•Kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny z 1865 roku, z 60-metrową wieżą
•Kościół pod wezwaniem św. Wojciecha z 1612 roku

Rys historyczny


Pierwsze zapisy na temat istnienia grodu nad Ślęzą, sięgają roku 990. Nazwa natomiast wywodzi się, jak podają źródła, od starosłowiańskiego, słowa niemy, określającego ludy, nieposługujące się językami słowiańskimi. Najstarsze zapisy nazwy pochodzą z X w. np. Nemci lub Nemechi. Najważniejszym wydarzeniem, którym Niemcza, żyje do dziś była Wielka Obron Niemczy. Za panowania Bolesława Chrobrego, niemczański gród odparł zbrojny najazd wojsk Henryka II, ówczesnego króla Niemiec, zwanego, co ciekawe Świętym. Oprócz cesarskich wojsk pod niemczańskimi murami stanęli również Czesi i Lutycy. Przez ziemię niemczańską przetoczyły się również wojny husyckie, przy czym ludność ówczesnego miasta, była pro husycka. W roku 1282, Henryk Probus IV nadaje miejscowości, prawa miejskie. Wojna ze Szwedami, również nie oszczędza Niemczy. Po śmierci ostatniego z Piastów, Jerzego Wilhelma, miasto staje się, częścią państwa pruskiego, a następnie podlega pod Zjednoczone Niemcy. W ręce polskie powraca dopiero po 1945, przy czym, przez dłuższy czas zajęte było przez Armię Czerwoną. Niemieckie rodziny wysiedlane, przez stalinowski rząd zastępowane są, emigrantami z kresów. W latach 70 i 80, do Niemczy masowo, przybywają greccy uciekinierzy, którzy do końca lat 90, stanowią znaczną liczbę mieszkańców. 

Z ciekawostek można dodać, że na zamku w Niemczy, przez jakiś czas rezydowała Św. Jadwiga. Miasto odwiedził również, Johann Wolfgang von Goethe, słynny poeta i przyjaciel Adama Mickiewicza. 

Jak podają źródła, w Niemczy odnaleziono, ślady jednej z pierwszych hut szkła, prosperujących w Polsce. 


Mam urlop, a zatem przyszedł czas na odpoczynek i regenerację sił, przed resztą kończącego się, roboczego roku. 

Akurat…

Mój naturalny, mały, kosmaty budzik, atakuje kilka minut przed piątą. 
Zostaje wyprowadzony na szybkie siku i jakoś udaje mi się jeszcze zasnąć do mniej więcej godziny ósmej. 
Budzik jest wymagający, chce się bawić i jeść na przemian. 
Widzę za oknem, blady świt. Chłodny i otrzeźwiający. Dochodzą mnie dźwięki zawieszone w wilgotnym powietrzu i czuję jak przechodzi mnie dreszcz. 
Lato umiera w zastraszającym tempie, a mnie wciąż dręczy ten sam nienasycony głód drogi. 
Nie potrafię wytłumaczyć, co jest w tym, porannym wrześniowym powietrzu, że napawa mnie, tak silą potrzebą włóczęgi. 

Niemcza to miejscowość, znana mi od dziecka. Dziadkowie zabierali mnie kiedyś na wycieczki do, leżących nieopodal Wojsławic do Arboretum. Do dziś w pamięci mam, dziurawą drogę, od której odbijało się zachodzące Słońce. 
Jak już mogliście się dowiedzieć ze wstępu, Niemczę skrupulatnie omijaliśmy, ilekroć nasz szlak, prowadził przez tę miejscowość, lub nieopodal niej. 
Kilka dni wcześniej, zgłębiłam nieco wiedzę na temat jednej z najstarszych osad ludzkich na Dolnym Śląsku i jak to zazwyczaj bywa, historia wciągnęła mnie w swój porywisty nurt. 

Z domu wyjechaliśmy z Jardanem ok. godziny 12-stej. 
Szybka wizyta na stacji i obraliśmy kierunek na Łagiewniki, czyli najszybsza trasa z Wrocławia, przez Strzelin do Niemczy. 
Pogoda nie rozpieszczała temperaturą. 
Zainstalowany jeszcze tego samego dnia, termometr samochodowy pokazywał ok. 19 stopni Celsjusza. Do tego na niebie wisiały ociężałe, ciemne chmury, z których, mógł, ale nie musiał spaść deszcz. 

Na szlaku wiało dość mocno. Nie pomogły ustawione w szpaler, przydrożne topole. Wiatr z silnymi porywami chłostał nas nieubłaganie. 
Tuż przed Strzelinem, moje oczy wyschły niemal na wiór.
Wszystko przez moje inżynieryjne zapędy i próbę, przysposobienia szybki z innego kasku do mojego starego, poczciwego SHARKA. Lubię go gdyż jest, lekki i można zamontować na nim kamerę, od frontu, co daje znacznie lepszy obraz, aniżeli wówczas, gdy instaluję ją z boku.  
Moja próba z szybką, kończy się fiaskiem, który dokucza mi i zniechęca, przez resztę wyjazdu.
Lepiej nie kombinujcie z nieoryginalnymi szybkami. 
Zatrzymuję się na poboczu, po pierwsze po to żeby zrobić zdjęcie, krzyżowi kamiennemu, stojącemu tuż przy drodze, a po drugie po to by, zrobić coś z przedmuchami w kasku. 
Krzyż jest spory, samotny i w pewien sposób smutny. Bez rytów. Niemy. Za nim rozciąga się panorama Sobótczańskiego masywu. 
Targana, rozpaczliwą próbą, zniwelowania pędu powietrza wciskającego mi się w oczy, obwiązałam przód kasku, maską. 
Efekt był słaby. 
Przyszło mi do głowy, że jedynym ratunkiem dla moich oczu, będzie zakup okularów.
Wiatr wciskający mi gałki oczne w okolice móżdżka, sprawił, iż odczuwałam znaczny dyskomfort, a przyjemność z jazdy skurczyła się do minimum. Warto nadmienić, że był to pierwszy dłuższy wyjazd na motocyklu od dłuższego czasu. 
Zatrzymałam motocykl w Strzelinie. 
Denerwowało mnie to, że muszę, co chwilę zakładać i zdejmować tankbaga, w obawie przed kradzieżą. Ostatecznie postanowiłam zabierać z niego, co cenniejsze przedmioty, a resztę zostawiać na pokusę, ewentualnym amatorom mojego dobytku. 

Obeszłam kilka sklepów i nic. 
Odwiedziłam nawet punkt wędkarsko –rowerowy. Niestety nie mieli nic, co spełniłoby moje oczekiwania. Nawiązałam jednak rozmowę ze sprzedawcą, odnośnie kamer sportowych i nagrywania pod wodą. 
Zdegustowana popędziłam Jardana, co rychlej z powrotem na główny łagiewnicki trakt. 
Humor poprawił mi się dopiero wówczas, gdy na szlaku zaczęły pojawiać się zakręty i zjechaliśmy na boczną odnogę trasy o numerze 8. Ulica nosi, adekwatną nazwę – Półwiejska. Jest nieco sfatygowana, lecz znacznie bardziej atrakcyjniejsza i spokojniejsza niż główna szosa. Oczywiście, jeśli chcecie możecie zgrabną 8-semką, jechać dalej i odbić na Niemczę dopiero, za Wilkowem Wielkim. 
Boczna droga jest dobrze oznakowana, więc nie musicie się obawiać, że wywiedzie Was, na jakąś odludną wioskę. 
Po obu stronach, rozciągają się wzgórza niemczańskie, okryte płaszczykiem pól i śródpolnych grup zadrzewienia. Przyjemne odprężające widoki. Zbliżając się do Niemczy, po lewej ręce, zauważyć można nagłą zmianę w roślinności. To znak, że zbliżacie się do miasta i słynnego wojsławickiego arboretum. 
Miejsce to jest warte odwiedzenia i z pewnością o nim jeszcze napiszę, lecz nie tym razem. 
Dalej droga, odznaczała się lepszą, jakością. 
Kilka zakrętów, skrzyżowanie, groźnie wystające ze wzgórza skały i już miasto. 
Postanawiam przejechać się na mały rekonesans, by ostatecznie wjechać na rynek i rozejrzeć się za cholernymi okularami. 
Niemcza jest miastem o charakterystycznym, wrzecionowatym układzie. Uliczki są wąskie, starsze budynki, których z resztą nie brakuje, ściśle do siebie przylegają. 
Przejeżdżam miasto, od krańca do krańca i decyduję się w końcu zjechać do centrum. A właściwie podjechać, gdyż rynek leży na wzniesieniu. 
Dolna brama miasta wita mnie, okrągłą wieżyczką strażniczą, przy której czuwa śląski orzeł, ściskający w swych szponach, tarczę z herbem Niemczy. Kartusz, ukazuje książęcą wieżę, okoloną po obu stronach liśćmi dębu, symbolizującymi siłę. Nad wieżą, góruje kolejny piastowski orzeł.
 
Ciasna uliczka wiedzie na schludny rynek, z dwoma rzędami pierzei, które tworzą głownie stare kamienice. Prawa pierzeja, wzbogacona jest o budynek w ratuszowym stylu, w którym mieści się urząd miasta i gminy. Zbudowany w neoromańskim stylu z czerwonej cegły natychmiast przyciąga wzrok.
Postanawiam, najpierw zająć się sprawą okularów, która pali mnie jak rozgrzane żelazo i zaburza konspekt wycieczki. 
Niemcza jest samowystarczalna. Posiada szkołę, bibliotekę, kościół i kilka sklepów wielobranżowych, w których można dostać mydło i powidło. Ale nie okulary przeciwsłoneczne…
W trzecim z kolei takim sklepiku, dostaję informację od miłej sprzedawczyni, że być może dostanę to, czego tak zapamiętale szukam, prze swoją głupotę w dwóch sklepach sieciowych, jakie udało się współczesnej komercji, wepchnąć do tego starego miasta. 
Próbuję w pierwszym i nic, tylko jakieś pseudo okulary, dla tych, którzy boją się okulisty, a nie widzą twarzy ulubionego lekarza z serialu, w swoim szkiełku. 
Wracam noga za nogą do motocykla i jadę do drugiego, nieco większego marketu. Położony jest właściwie na błoniach miasta, tuż przy głównym łagiewnickim trakcie. Jak gdyby sami mieszkańcy nie chcieli mieć nic wspólnego z sieciówkami i wypchnęli, market poza bramy miejskie. 
Podoba mi się, że market nie zaburza, naturalnej zabudowy Niemczy. 
Koniec końców, duży sieciowy sklep ratuje mój udręczony zmysł wzroku i nadszarpnięte samopoczucie, okularami z chin za 7-dem złotych. 

Po udanych zakupach, wracam do rynku, żeby skupić się bardziej na celu swojej wycieczki, czyli poznaniu bliżej miasta. 
Niemcza, jak już wspominałam robi dobre wrażenie, czystego i schludnego miasteczka. Widać jak mocno, dzieje i wydarzenia odcisnęły kulturowe piętno na samym mieście i jego mieszkańcach. Gloryfikowana jest tu przede wszystkim, słynna obrona Niemczy, przed agresją ze strony cesarza Henryka II.
Przed ratuszem stoi obelisk upamiętniający to wydarzenie, ze stosowną tablicą. Na skwerku nieopodal, można spotkać wystruganych w drewnie rycerzy – zapewne zaklęte są w nich duchy, dawnych obrońców miasta tak, więc jeśli macie złe zamiary względem niemczan, lepiej trzymajcie się z daleka! 
Za wschodnią pierzeją, znajduje się kościół z 1865 roku, ze strzelistą 60-cio metrową wierzą. 
Uliczki, są iście średniowieczne, posiadają wiele zaułków i przejść. Łatwo się tu zgubić w wirze, dziejów i historii. 
Rozsiadam się wygodnie na ławce przed ratuszem, a w mojej głowie, rozgrywa się inscenizacja bitwy o Niemczę. 
Po chwili, uprzytomniam sobie, gdzie i w jakich ramach czasu jestem. A wszystko to za sprawą zmiany temperatury. Rozglądam się i widzę na niebie, pasmo ołowianych chmur.
Jednak wewnętrznie odczuwam pewien rodzaj spokoju „pogodowego”. Wracam do motocykla i w myślach dzielę się z nim swoimi spostrzeżeniami. „ Z tych chmur deszczu nie będzie.” 
Mam ochotę jednak jechać dalej. Podczas tej wycieczki, żelaznym założeniem, było: „ śpiesz się powoli”. Niestety, wciąż mam tendencję do zbyt szybkiego, przemieszczania się z miejsca na miejsce. Zbyt długo jadę, tracą przy tym całą esencję tego typu wyjazdów. 


Wyjazd do Niemczy, mimo dokuczającego mi z początku wiatru, udał się i myślę, że przy następnej okazji, będąc w jej pobliżu, zatrzymam się. Spokojna otulona, niemczańskimi wzgórzami miejscowość, żyjąca własnym rytmem, jest jak najbardziej warta tego, by zwolnić i pozwolić swoim myślom uciec w echo drzewiej, toczących się tu burzliwych wydarzeń. 








Źródła:
pl.wikipedia.org/wiki/Niemcza
um.niemcza.pl